Pay per view czyli polska logika

Od niespełna dwóch lat w polskim sporcie (w szczególności boksie i MMA) funkcjonuje system pay per view, czyli nałożenie dodatkowych opłat na dane wydarzenie. W ostatnim czasie PPV jest jednak wykorzystywane praktycznie przy każdej możliwie nadarzającej się okazji.

Osobiście od samego początku byłem negatywnie nastawiony do tego pomysłu, mając przede wszystkim w pamięci to co stało się z boksem zawodowym w Stanach Zjednoczonych i jakie skutki notorycznego nakładania PPV ta dyscyplina ponosi do dnia dzisiejszego.

Aby nie być gołosłownym, odniosę się do trzech głównych haseł, które padają z ust organizatorów decydujących się pokazywać swoje gale właśnie w pay par view.

1. "PPV rozwija dyscyplinę".

Pierwsze PPV ( Adamek vs Klitschko), około 350 tysięcy wykupień. Każde kolejne sprzedane co najmniej trzy razy gorzej (najniższe 7 tys). Gdzie ten rozwój? Czy każdy kolejny event oglądany przez coraz mniejszą widownię wpływa na rozwój?

2. "Dzięki PPV ściągamy lepszych zawodników".

Pierwsze PPV - Witalij Klitschko. Każde kolejne bez porównywalnej gwiazdy tego formatu (zarówno boks jak i MMA). Ewentualnie można tu wziąć pod uwagę Roya Jonesa Jr, ale nie zapominajmy, że to pięściarz, któremu pozostało już tylko nazwisko, bez jakiejkolwiek wartości sportowej.

3. "Z PPV jest jak z biletem do kina, jeżeli chcesz obejrzeć film musisz zapłacić".

Załóżmy pakiet Cyfrowego Polsatu (cena na miesiąc 40-50 zł). Czy to już nie jest opłata za kino? Chyba, że czegoś nie wiem i teraz w Polsce trzeba płacić dwa razy za ten sam bilet.

Podsumowując ten miesiąc. Załóżmy, że wierzę w te wszystkie brednie o cudownym działaniu pay per view. Wawrzyk - 40 zł, KSW 23 - 40 zł, Włodarczyk - 40 zł, Cyfrowy Polsat - 40/50 zł. W ciągu miesiąca płacę - 160/170 zł żeby obejrzeć trzy wydarzenia sportowe.

Wnioski niech każdy wyciągnie sobie sam.
Trwa ładowanie komentarzy...